The Twelve from Ohijowice

Elżbieta Kubiak
Written 1986; Translated 2019. This is a story about the twelve children of Xawery Kudelski and Teofila Gilewicz. It starts in the late nineteenth century and ends in the tail end of the Cold War. It moves from the Kresy to the Ziemie Odzyskane. "Aunt Pola" is the translator's great-grandmother. This translation is not totally reliable.

W mojej pamięci—z przekazu ojca, cioci Poli i Klimy, stryjków Runka i Dyźka—sięgają gdzieś rozległych przestrzeni "tam u nas na Wulyniu," jakichś posiadłości nad Stryjem—Żabcze, Paszkowce, Płaskirów, Ohijowice—szerokich, niezmierzonych pól pszenicznych, jakichś książąt Sanguszków i Ślepowrona, który patronowal rodzinie.

Runek (zdrobnienie od Xawery), brat ojca—wspominał nazwiska najbliższych sąsiadów—niejakich Pawłowskich, Żabów, Korwinów—i rysował mapę okolicy nad Stryjem.

Ciocia Pola wymieniała nazwisko Sanguszko, które było panieńskim nazwiskiem prababci Gilewiczowej; mówiła coś o Zygmuncie Gilewiczu, który był młodszym bratem babci Teofili, i który dożył naszych czasów, bo umarł w 1960 r.; podobno ten wujek był piśmienny, bo pisał kronikę rodzinną (co do reszty rodziny—nie jest pewne jak tam było z tym pisaniem), jest jednak pewne, że ten wujek był lekarzem i nawet dosłużył się stopnia generała; podobno był też rektorem Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.

Ciocia mówiła również, że jesteśmy spokrewnieni z Korwinami i Żabami.

Może jeszcze co nieco przybliży tamte realia Stary Konstantynów i Kapustyn, gdzie była chrzczona cała rodzina Kudelskich, i gdzie urodził się późniejszy dyktator powstania listopadowego—Józef, Grzegorz Chłopicki, którego jednym z generałów był nasz pradziadek Kudelski—może ten sam, który ponoć mając 105 lat jeszcze kosił, i który z fury z sianem zdejmował swojego niesfornego wnuczka—może Winka?

Podobno inna linia Kudelskich wywodziła się z Wagrowa, gdzie do tej pory powinny być jeszcze ich ślady.

My memory, influenced by the stories of my father, Aunts Poli and Klima, Uncles Runek and Dyźek, goes back to the vast spaces of our house in Volhynia, some estates on the River Styr—Zhabche, Pashkivtsi, Ploshchów, Ohiivtsi—wide, immense wheat fields, some Dukes of Sanguszko and the Ślepowron who patronized the family.

Runek (the diminutive of Xawery), my father's brother—recalled the names of our neighbors—the Pawłowskis, the Żabóws, the Korwinóws—and drew a map of the lands of the Styr.

Aunt Pola mentioned the name Sanguszko, which was the maiden name of Grandmother Gilewicz; She talked about Zygmunt Gilewicz, who was the younger brother of Teofila's grandmother and who survived into our times (he died in 1960); It is said that this uncle was a writer, because he wrote the family chronicle (as for the rest of the family—it is not sure how it was with this writing), but it is certain that this uncle was a doctor and even reached the rank of general; He is also said to be the rector of the Warsaw School of Physical Education.

Auntie also said that we are related to the Korwins and Żabows.

Maybe even a little closer to those realities of Starokostiantyniv and Kapustyn, where the entire Kudelski family was baptized, and where the late dictator of the November Uprising was born—Józef Grzegorz Chłopicki, one of whose generals was our great-grandfather Kudelski, maybe the same one who said he still mowed the fields when he was 105 years old, and who removed his unruly granddaughter from the hay cart, perhaps Winka?

Another Kudelski line is said to have originated from Wagrow, where even today there should still be traces of them.

The family house in Ohijowice

Pisząc te wspomnienia mam około 60-ki. Moje wyobrażenie o tamtym zlewa się teraz z obrazami z filmu "Brzezina" Wajdy, z Emilią Krakowską, koszącą żółte kwiaty mleczów na podmokłej poleskiej łące, z przewozem pianina po piaszczystej drodze.

Moja dziecinna wyobrażnia stworzyła, na podstawie wspominków ojca, obraz przysiadłego, starego domostwa o drobnoszlacheckich obyczajach, jakiegoś ciemnego wnętrza z katafalkiem, na którym wśród świec, pod obrazem, leżała nieznana mi babcia Teofila z Gilewiczów, zmarła w 42-gim roku życia w 1914 roku—chyba na tyfus, zostawiając dużą gromadkę dzieci—trochę już dorołych i trochę drobiazgu—w tym najmłodszego, kilkumiesięcznego Tadeusza.

Dziadek Xawery jeszcze wcześniej osierocił rodzinę—podobno zabił go rozjuszony byk.

Piętno tego sieroctwa zostało na całej rodzinie na zawsze.

Dało się to zauważyć w postaci rodzinnego rysu charakterologicznego; wszyscy byli nieszczęśliwi, kłótliwi, oczekiwali od otoczenia miłości i wsparcia—jako rekompensaty za braki z dzieciństwa. Z tego zapewne powodu zyskali również bardziej szlachetne cechy—umiejętność współczucia i wrażliwość (może nadmierną).

Opanowuje mnie jakaś nostalgia do tamtych miejsc, do tamtych lat. Zostawił nam to w spuściźnie nasz ojciec, Winek.

I am about 60 as I write these memories. My imagination of that past is now mixed with pictures from Wajda's film "Brzezina, with Emilia Krakowska, mowing yellow dandelion flowers in a wetland of a Polesie meadow, with piano in a carriage on a sandy road.

My childish imagination created, based on my father's memories, a picture of a dilapidated, old-fashioned homely house, a dark interior with a catafalque, where, under the icon, my unmet grandmother Teofila Gilewicz lay. She died at the age of 42 in the year 1914—probably from typhus, leaving a large group of children, some of whom were grown up and others of which were still young—including the youngest, Tadeusz, who was several months old.

Grandfather Xawery had left his family orphaned earlier. He was apparently killed by a furious bull.

The fate of this orphanage has remained with the family forever.

This was evident in the form of a familial trait; All were unhappy, quarrelsome, expecting from their environment some love and support as compensation for childhood deficiencies. For this reason, they also gained more noble qualities: the ability to feel compassion and sensitivity (perhaps to an excessive degree).

There is some nostalgia for those places and for those years. Our father Winek left us this nostalgia as a legacy.

A picture of the family home

Czy można jednak na tak nikłej podstawie odtworzyć dokładniej przeszłość? Gdzie się to wszystko zapodziało w zawierusze czasu? Gdzie cała rodzina?

Rozpierzchli się wszyscy, większość z nich już pomarła, pozostały tylko dzieci, wnuki, pra-i pra-prawnuki, nieświadome swoich korzeni. Nawet grobów nie ma.

Pozostały tylko imiona:

Stanisława—która wyszła za mąż za bankiera i wywędrowała z nim do Kijowa; czy miała jakieś potomstwo? jeśli nawet tak, to o innym nazwisku, może gdzieś w Kijowie albo glębiej—nie do odnalezienia.

Ludwika—która wyszła za mąż za prokuratora; obie rodziny Stanisławy i Ludwiki zostały wymordowane w 1917 roku.

Kamila—która zmarła młodo

Tadeusz—najmłodszy, który po śmierci rodziców w 1914 roku jako niespełna roczne dziecko został wzięty przez jakąś ciotkę do Odessy i ślad po nim zaginął, mimo poszukiwań cioci Klimy przez Czerwony Krzyż; Runek wprawdzie mówił, że nad Łabą w czasie podpisywania kapitulacji Niemiec spotkał oficera radzieckiego—wypisz wymaluj Tadeusza, ale ze względu na swój układ wojskowy po drugiej stronie bariery, nie mógł się z nim skontaktować; może to i prawda?

Gdzie reszta? Co z nimi—z Waleria, Pola, Romkiem, Winkiem, Klima, Dyźkiem, Hela, Runkiem?

Is it possible, however, to recreate the past on these memories? Where did all this get lost in time? Where is the rest of the family?

Everyone disappeared, most of them had already died. Only children, grandchildren, great-great-grandchildren remain, unaware of their roots. There are no graves.

Only names remain:

Stanisława, who married a banker and traveled with him to Kiev. Did she have any offspring? If so, then maybe with another name, maybe somewhere in Kiev or elsewhere—impossible to find.

Ludwika, who married a prosecutor. Both Stanisława's and Ludwika's families were murdered in the year 1917.

Kamila, who died young.

Tadeusz, the youngest child who, after the death of his parents in 1914, was taken by some aunt to Odessa and lost his own footprint despite the search on behalf of Aunt Klima undertaken by the Red Cross. Runek actually said that in Berlin on the Elbe at the time of the signing of the surrender of the Germans he met a Soviet officer who offered to write to Tadeusz, but due to his army's deployment on the other side of the front, he ultimately was not able to contact him; perhaps this is true?

Where are rest? What about them: Waleria, Pola, Roma, Winka, Klima, Kęty, Hela, Rukia?

WALERIA (ALOJZA)

Waleria, poczuwszy powołanie, została zakonnicą i przeżyła 64 lata w zakonie SS Rodziny Marii w Płudach jako siostra Alojza—dla nas nigdy nie była Walerią tylko ciocią Alą lub ciocią Alojzią.

Ciocia Alojza była osobą pełną oddania zakonowi, pracy dla jego dobro, posłuszną przykazaniom; była kobietą pracującą, która żadnej pracy się nie bała—szkliła okna, kryła dachy i Bóg wie co jeszcze. Ale choć taka bogobojna—nie była pozbawiona zupełnie ziemskich pokus, którym się poddawała z lubościa, paląc namiętnie papierosy, a potem zagryzając dla niepoznaki cukierkami miętowymi. Te papierosy to pozostałość po fajce z dziecinnych lat, kiedy to dziadek musiał ją odciągać od zgubnego nałogu szczotką spod łóżka.

Garła na fisharmonii i organkach ustnych. Czasem prowadziła próby chóru w kaplicy w Płudach.

W swoim czarnym habicie była postrachem młodszych dzieci.

Zmarła na gruźlicę, przeżywszy 84 lata—tak zresztą jak i ciocia Pola. Siostra Sióstr. Jej grób znajduje się na cmentarzu w Tarchominie wśród innych grobów w kwaterze Sióstr. Pokój jej dobrej, pogodnej duszy.

VALERIA (ALOJZA)

Valeria, having felt a calling, became a nun and lived in the Order of the Sisters of Mary in Płudach for 64 years as Sister Alojza, though for us Valeria was never Alia or Aunty Aloysia.

Aunt Alojza was a person dedicated to the law, working for good, obeying the commandments. She was a strong woman who was not afraid to work—she glazed the windows, covered the roofs and God knows what else. But even such a godly person was not deprived of all the earthly temptations, which she derived pleasure from: smoking cigarettes passionately, and then biting into mints to throw off the scent. These cigarettes are remnants of a pipe from childhood when her grandfather had to drag her away from the fatal habit of a brush from under the bed.[???]

She played harmonica and mouth organ. Sometimes she conducted for the choir in the chapel in Płudach.

In her black habit she was the terror of younger children.

She died of tuberculosis, after 84 years—just like Aunt Pola. Sisters of the Sisters. Her grave is located in the cemetery in Tarchomin among other graves in the Sisters' quarters. Peace on her good, cheerful soul.

Waleria Kudelska

POLA

Ciocia Pola po śmierci rodziców była ostoją całego rodzeństwa. Dojrzała, odpowiedzialna. Była wychowanką pensji sióstr Sacre Coeur.

Wspólnie z ciocią Klimą prowadziła w posiadłości Potockich (których była wychowanką przez kilka lat) szkółkę wiejską.

Wojna 1919-1920 roku zmusiła ją do tego, że jako młoda panna około 20-ki, wraz z młodszym rodzeństwem—Romanem, Klimą, Helą i 6-letnim Runkiem—przyjechała bez środków do życia do Warszawy a właściwie do Płud, do swojej siostry Walerii (starszej lub może młodszej o rok).

Ciocia Pola umieściła dzieci młodsze gdzie się dało—w sierocińcach, w internatach, u siebie; była dla nich opiekunką do końca. Wyszła za mąż za lekarza—wujka Zygmunta Jaffe, z którym miała dwoje dzici—Stefana i Krystyną.

Okres wojny ciocia Pola spędziła początkowo na Mokotowie na ulicy Parkowej, a potem u swojej siostry Klimy w Borowym koło Mogielnicy, gdzie mąż cioci Klimy był kierownikiem szkoły; tam bezpiecznie przeczekali okres wojny, opiekując się jeszcze jednym zagrożonym dzieckiem—Niutą (później Wolską).

W 1946 roku ciocia Pola wraz z dziećmi wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, dokąd jej mąż wyjechał już w 1939 roku, szczęśliwie uniknąwszy pogromu, jaki był udziałem jego rodaków. Ciocia nigdy się nie zaaklimatyzowała w tym obcym kraju—zawsze tęskniła do Polski—może do wspomnień z Wołynia, a może do Warszawy, gdzie spędziła swe szczęśliwe lata; zachowała swą piękną polszczyznę z przedniojęzycznym "Ł", odporna na język angielski, mimo 40-letniego pobytu w Nowym Yorku.

Może dzięki tym wspomnieniom i wyobcowaniu z tamtego środowiska zawdzięczaliśmy Jej ciagłą troskę o nasz byt—a może po prostu Jej dobremu sercu.

Bardzo Ją kochaliśmy. Nie wiem, czy o tym wiedziała, bo rodzina była trudna w wyrażaniu uczuć, a już szczególnie na papierze; najłatwiej przychodziło rodzinie kłócić się ze sobą—co było bardzo silnym wyrazem więzi.

Nasza kochana, piękna CIOCIA POLA.

Wysiadała z samolotu jak królowa; czekaliśmy na jej rzadkie wizyty w Polsce jak na coś wielkiego. Pamiętała zawsze o nas wszystkich.

Ona też była szczęśliwa, przyjeżdżając do nas; pamiętam Jej wzruszenie, kiedy na wizycie u mojej siostry Aliny cały wieczór śpiewałyśmy razem stare dumki ukraińskie, które były bliskie Jej sercu, chociaż przecież była Polka.

Ale pamiętam również oburzenie Cioci Poli i oburzenie Runka, kiedy im wpisali w paszport narodowość ukraińską. Dziwne to wszystko. Polityka dzieli narody, ale serce nie daje się niczemu wywieść w pole; pozostaje zawsze sentyment do środowiska z czasów dzieciństwa mimo narodowej tożsamości.

Sercem zawsze była tu w Warszawie i "tam u nas na Wulyniu." Zmarli oboje z mężem w Stanach, zostawiając Krystynę i Stefana z ich amerykańskimi już dziećmi i wnukami. Tylko Stefan czuje swoje korzenie.

POLA

After the death of her parents Aunt Pola was the refuge of all her siblings. She was mature, responsible. She was a boarder at the sisters of Sacre Coeur.

Together with Aunt Klima, she lived at the Potocki estate (for several years she was a farmer) and led the village school.

The Polish-Russian War of the years 1919-1920 forced this twenty-year old girl to flee to Warsaw along with her younger siblings Roman, Klima, Hela, and 6-year-old Runek; actually they came to Płud to stay with Waleria(who was older or maybe younger by a year) at the convent.

Aunt Pola placed the younger children wherever possible—in orphanages, dormitories, at home. She was the babysitter for them to the end. She married a doctor—Uncle Zygmunt Jaffe, with whom she had two children: Stefan and Krystyna.

During the war, Aunt Pola lived in Mokotow on Parkowa Street, then at her sister Klima's in Borowe near Mogielnica, where her aunt Klima was the head of the school. There they safely waited for the end of the war, taking care of yet another threatened child, Niuta (later Wolski).

In 1946, Aunt Pola and her children emigrated to the United States, where her husband had been living since 1939, happily avoiding the pogrom of his people [the Holocaust]. Aunt Pola never acclimatized in this foreign country—she always missed Poland—maybe she missed the memories from Volhynia, or maybe memories of Warsaw, where she spent her happy years. She has preserved her beautiful Polish with the Polish-style "L", resistant to English, despite her 40-year stay in New York.

Maybe it is thanks to those memories and her alienation from that environment that we owe her concern for our well-being. Or maybe her good heart.

We loved her so much. I do not know if she knew it because the family was bad at expressing feelings, and especially on paper. The easiest way was to come together to argue with each other—which was a very strong expression of bonding.

Our beloved, beautiful Aunt Pola.

She got off the plane like a queen. We were waiting for her rare visits to Poland, something great. She always remembered us all.

She was also happy to visit us. I remember her emotion when visiting my sister Alina. We would sing old Ukrainian folksongs over the course of an entire evening. They were close to her heart, even though she was Polish.

But I also remember the indignation of Aunt Pola and Uncle Runek when they put "Ukranian nationality" in their passports. It's all strange. Politics divides the nations, but the heart can not be drawn out in the field. There is always a feeling for the environment of childhood, despite national identity.

The heart was always here in Warsaw and "there in our country in Volhynia." They both died in the United States, leaving Krystyna and Stefan with their American children and grandchildren. Only Stefan feels his roots.

Apolonia Kudelska Apolonia Kudelska, Zygmunt Jaffe, Krystyna Jaffe, Stephen Jaffe

ROMAN

Stryjek Roman ożenił się i usamodzielnił zaraz po przyjeżdzie z Wołynia. Swoją żonę Werkę poznał w 1920 roku na robotach w Niemczech. Tam też się ożenił i przyszło na świat dwoje jego dzieci: Hela i Roman. Długie lata mieszkał z rodziną w Międzylesiu pod Warszawą. Potomstwa miał chyba 5-ro—Helę, Romka, Zygmunta, Dasię i Marysię. Teraz żyje tylko Marysia z dwoma córkami (Gosią w Warszawie i Magdą w Chicago), syn Romka—Alek (w Warszawie) i jeden z synów Zygmunta—Jurek (w Ameryce) i córka Urszula (we Wrocławiu).

Nie miałam okazji widzieć go nigdy, choć miałam pięć lat i pamiętam powrót ojca z pogrzebu; jego dzieci widziałam może raz, czy dwa. Bliższy kontakt z całą rodziną miał stryjek Dyziek. Ciotkę Werkę widziałam raz na łożu śmierci w mieszkaniu Marysi na Bródnie w Warszawie.

Stryjek Romek zmarł w 1942 roku na żołądek, co było rodzinną przypadłością, i został pochowany chyba w Międzylesiu.

ROMAN

Uncle Roman got married and became independent after arriving from Volhynia. He met his wife Werka in 1920 on the job in Germany. There he married and two of his children came to the world: Hela and Roman. He lived for a long time with his family in Międzylesie near Warsaw. He probably had five children: Hela, Roman, Zygmunt, Dasa, and Marysia. Now, only the only ones still living are Marysia and her two daughters (Gosia in Warsaw and Magda in Chicago), Roman's son Alek (in Warsaw), Jurek, one of Zygmunt's sons (in America) and one of his daughters, Urszula (in Wroclaw).

I did not have the opportunity to see him ever, although I remember my father's return from the funeral when I was five years old. I saw his children once or twice. Uncle Dyziek allowed us closer contact. Aunt Werka was once seen on her deathbed in Marysia's apartment on Bródno in Warsaw.

Uncle Romek died in 1942 from stomach trouble, which was a family affliction, and was buried probably in Międzylesie.

Uncle Romek and family Uncle Romek and family Wedding pictures Werka, Zygmunt, Marysia

WINEK

Ojciec nasz, Wincenty, w 1919 roku uciekł z gimnazjum w Kijowie przed spodziewanymi represjami (późniejszy pokój ryski) i jako niespełna 18-letni chłopak przyjechał do Warszawy w węglarce "na gapę"; tu wstąpił do wojska jako ochotnik. W wojsku chyba się nie bił, ale za to dzielnie grał w orkiestrze. Runek wspominał go jako przystojnego wojaka w płaszczu Podhalańczyków, przerzuconym przez jedno ramię.

Po wyjściu z wojska Winek zakotwiczył niedaleko swoich sióstr—Alojzy i Poli—w jednym z letniskowych domków swego późniejszego teścia a naszego dziadka z linii mamy—też Wincentego, ale Kubiaka. Tu poznał naszą mamę Władysławę. Pobrali się w 1925 roku w zabytkowym, parafialnym kościele w Tarchominie.

Ojciec nasz zawsze miał ogromnie wysokie poczucie własnego szlachectwa. Pamiętam, że wypominał mamie jej pochodzenie, mimo, że to na jej chłopskich barkach głównie spoczywał obowiązek utrzymania rodziny.

Tata nasz zawsze był fantastą i utopistą, choć nie brak mu było zdolności i polotu, których jednak jakoś nie umiał przetworzyć na chleb powszedni dla rodziny.

Mama nasza, Wladzie, była uosobieniem skromności ale równocześnie energii i nieustępliwości w walce o codzienne zaspokajanie potrzeb rodziny. Jej cechy wywodziły się z trudnego, chłopskiego bytowania, które było udziałem całych pokoleń Kubiaków, Bochenków, Stępniaków. Z dumą wspominała postać babci Teofili z Chojeckich, która umiała czytać i pisać, co nie było częste w tamtych czasach, w tamtym środowisku. Była łagodna, delikatna, kochająca, ale równocześnie mocna psychiczenie, trzeźwa. Była ostoją całej rodziny.

Oprócz tych cech mama wniosła do wspólnego stadła darowiznę ze strony swoich rodziców w postaci 42-arowej działki pod lasem, na której ojciec nasz, Winek, pobudował na pustkowiu "kamienicę", tj. niewielki, ale piętrowy domek "WŁADZINEK 1929" z ozdobnymi kulami na szczycie opodal polnej drogi, której koleinami w czasie powodzi 1924-go roku pływały taakie szczupaki. Teraz ta polna droga przerodziła się w asfaltową arterię, która śmigają samochody, a dom stoi o 5 metrów od jezdni i wydaje się być taki maleńki.

W domku tym przychodziły na świat kolejne dzieci—to my—a było ich w sumie 5-ro—Basia, Alina, Wituś Teresa i ja Elżbieta.

Basia zmarła zaraz przy urodzeniu, bo mama miała ciężki poród; Wituś—duma ojca w nadziejach i w późniejszych wspomnieniach—żył zaledwie 1 dzień, chociaż podobno był nadzwyczaj duży i silny. Tylko my trzy nieszlachetnej płci—trzy siostry "trzy lalki"—Alina, Teresa i ja wyżyłyśmy w jakim-takim zdrowiu. Chociaż Alina—jako cudowne, trzy i pół letnie dziecko—zachorowała ciężko, ku rozpaczy rodziców, na chorobę Hainego-Mediny, która to choroba zostawiła na niej trwały ślad; zaraz potem przyszła na świat Teresa, która też podobno trzeba było klapsem zachęcić do uroków przyszłego życia. Podobno pani położna dała ojcu alternatywę—"panie Kudelski, ma pan przecież już dwie córki." A jednak jestem.

Co z nas wyrosło? Alina—w trudnych powojennych warunkach zrobiła tzw. dużą maturę; studiowała potem prawo, ale zmarł nasz ojciec, musiała pracować. Wyszła za mąż za Zygmunta Krysiaka, z którym miała Jurka i Elżunię. Zygmunt był inżynierem konstruktorem; długie lata pracował w zakładach elektronicznych T12 na Żeraniu; niestety zmarł na serce w wieku 55 lat—leży w Tarchominie w jednym pojemniku z ciocią Helą. Elżunia skończyła studia na SGGW i uzyskała dyplom inżyniera rolnika; obecnie pracuje jako nauczycielka angielskiego, śpiewa, gra na gitarze; wyszła za mąż za Jacka Kołomyjskiego; wychowują razem swoich dwóch chłopców. Jurek, chluba rodziny, zdolny, pracowity inteligentny, przystojny—skończył studia reżyserskie w Łodzi. Trzymamy kciuki za jego powodzenie.

Teresa, którą natura najhojniej z nas wyposażyła we wspaniały głos i słuch, skończyła szkołę muzyczną w klasie wokalnej pani prof. Cywińskiej-Łyskawińskiej, ale jej kariera skończyła się na mężu Jurku Michalaku, pokrewnym duszą i uchem; z pokrewieństwa ciał urodziło się dwoje dzieci—Joasia i Rafał a kariera muzyczna się skończyła.

Ja, Elżbieta, skończyłam studia na wydziale budownictwa lądowego a potem studium podyplomowe informatyki na wydziale elektrycznym Politechniki Warszawskiej; pracowałam początkowo w ośrodku obliczeniowym kolejowym jako programista maszyn liczących, potem w biurze projektów "Energoprojekt" na stanowisku głównego projektanta, gdzie prowadziłam obliczenia konstrukcyjne budowli energetycznych, a potem już na emeryturze—na stanowisku głównego specjalisty ds. informatyki w Biurze Planowania Sieci Drogowej. Moje życie rodzinne z panem Jerzym Wodzińskim niestety się rozpadło po 35 latach wspólnego pożycia, ale została mi córka Dorota z męża Rudnicka, jej mąż Krzyś i ich syn Maciek.

Wszystkie trzy mieszkamy w Warszawie i utrzymujemy ścisły kontakt. Teresa pozostała w domku w Płudach.

W domku tym rodzice mieszkali aż do śmierci (ojciec do 1951 a mama do 1966 roku). Tam przeżywali swoje radości i smutki w zdrowiu i chorobie, chowali dzieci, mieli chwile wzlotów (ojciec próbował za Lilienthalem zbudować nawet samolot), tu konstruował perpetuum mobile, tu imał się różnych zawodów, byleby się jakoś utrzymać—hodował kury, robił buty, pastę do butów, mydło, oranżadę a w międzyczasie pianino, które pod nieobecność jeszcze radia i telewizji umilało nam długie jesienne wieczory. Pracował nawet jako urzędnik w Ministerstwie Kultury i Sztuki—dzięki czemu mieliśmy wolny wstęp do warszawskich teatrów. Niestety, choroba wrzodowa żołądka a później śmierć ojca przerwała pasmo naszego życia rodzinnego. Odszedł, kiedy jeszcze się nie zrealizował, kiedy życie powinno być jeszcze przed nim. Leży razem z wierną żoną na cmentarzu w Tarchominie.

WINEK

Our father, Wincenty, escaped from junior high school in Kiev in 1919 before the expected persecution (later in Riga) and as a relatively young 18-year-old came to Warsaw for a "stowaway. Here he joined the army as a volunteer. In the army he probably did not fight, but bravely played in the orchestra. Runek recalled him as a handsome soldier in the coat of the Podolians, thrown over one arm.

After leaving the army, Winek settled near his sisters, Alojza and Pola, in one of the cottages of his soon-to-be father-in-law and our grandfather from Mother's line—also Wincenty, but Kubiak. Here he met our mother Władysława. They married in 1925 in the historic parish church in Tarchomin.

Our father always had a very high sense of his own nobility. I at times remember him reminding Mom of her origin, even though it was primarily on her peasant shoulders that responsibility for supporting the family lay.

Our dad had always been fantastical and utopian though he lacked the skill and creativity, and somehow was unable to transform it into bread for the family.

Our Mom, Wladzie, was the embodiment of modesty but at the same time energy and tenacity in the struggle for daily fulfillment of the needs of the family, features derived from the difficult peasant life which was attended by generations of Kubiaks, Bochenkows, Stępniaks. She proudly recalled grandmother Teofila from Chojecki who could read and write, which was not common in those times, in that place. She was gentle, delicate, loving, but at the same time strong, sober. She was the refuge of the whole family.

In addition to these qualities, Mom made a donation from her parents in the form of a 42-acre parcel in the forest where our father, Winek, built in the wasteland a "tenement", ie a small but storied cottage which he called "Władysław 1929" with ornamental spheres at the top of a dirt road with ruts that filled with swimming pike in the flood of 1924. Now, this dirt road has turned into an asphalt artery that is flooded with cars, and the house stands five meters from the roadway and seems so tiny.

In this cabin, more children came into the world. There were five of us: Basia, Alina, Vitus, Teresa, and me, Elisabeth.

Basia died just after birth, because her mother had a difficult labor; Witus—the pride of his father in hopes and in later memories—lived only one day, although he was said to be unusually large and strong. Only three of us, three girls—three sisters, "three dolls"—Alina, Teresa, and I have been in some kind of good health. Although Alina as a wonderful, three and a half year old child, became seriously ill to the despair of her parents, from Heine-Medin's disease [polio], which left her with a permanent trace. Soon afterwards came Teresa, who also supposedly had to smuggle the charms of future life. Apparently the midwife gave my father an alternative—"Mr. Kudelski, you already have two daughters already." And yet here I am.

Which of us grew up? Alina got her high school diploma in tough post-war conditions. She studied law afterwards, but our father died and she had to work. She married Zygmunt Krysiak with whom she had Jurek and Elżunia. Zygmunt was a construction engineer. He worked in the T12 electronic factory in Żerań. Unfortunately he died of heart failure at the age of 55. He lies in Tarchomin in one coffin with aunt Hela. Elżunia graduated from WULS-SGGW and obtained a degree in agricultural engineering. Now she works as an English teacher, singing, playing the guitar. Married Jack Kolomoiske. They are bringing up their two boys together. Jurek, family pride, talented, hard-working, smart, handsome, finished his directing studies in Łódź. We keep our fingers crossed for his success.

Teresa, of the most beautiful nature and gifted with great voice and hearing, finished music school in the vocal class of Prof. Cywińska-Lyskawińska, but her career ended with her marriage to husband Jurek Michalak, a relative soul and an ear. Two children were born—Joasia and Raphael—and the musical career was over.

I, Elżbieta, graduated from the Faculty of Civil Engineering and then postgraduate studies in computer science at the Faculty of Electrical Engineering of the Warsaw University of Technology. I worked initially at the railway computing center as a calculator programmer, then at the Energoprojekt project office as the main designer, where I was responsible for the construction calculations of the energy infrastructure, and then retired as the chief IT specialist at the Road Network Planning Office. My family life with Mr. Jerzy Wodziński unfortunately fell apart after 35 years of living together, but my daughter Dorota, Rudnicka's husband, her husband Krzyś and their son Maciek, stayed with me.

All three live in Warsaw and we maintain close contact. Teresa stayed in a cottage in Pludach.

That was the house where my parents lived until their death (father in 1951 and mother in 1966). They lived their joys and sorrows in sickness and health, they hid their children, they had moments of upswing (father tried to build a glider for Lilienthal), here he built a perpetual mobile sculpture, he tried out different professions to support himself and the family—he hatched hens, made shoes, glued shoes, made soap, and orangeade, and in the meantime, played the piano, which in the absence of radio and television entertained us through long autumn evenings. He even worked as an official in the Ministry of Culture and Art so we had free entry to the Warsaw theaters. Unfortunately, father's gastric ulcer and later death interrupted the range of our family life. He left when he was not yet done, when life should be before him. He lies with his faithful wife in the cemetery in Tarchomin.

Winek and his wife Alina, Teresa, Elzbieta Family collage

KLIMA

Ciocia Klima znalazła swego dozgonnego partnera w osobie wujka Gieńka Gardzińskiego. Ciocia przez długie lata była nauczycielką w szkole, którą jej mąż kierował przez 40 lat. Oboje byli bardzo poważani w całej rodzinie i nie tylko. Wychowywali oprócz swoich dwojga dzieci jeszcze Niutę, którą najpierw uchronili przed losem tysięcy jej rodaków w Getcie, a potem nadawali rytm jej życiu; Niuta uważała ich dom za swój dom rodzinny. Wujostwo opiekowali się również ciocią Polą i jej dziećmi podczas okupacji, a po okupacji wychowywali przez jakiś czas Jacka—syna stryjka Dyźka.

Mieli dwoje dzieci—Jurka i Elżunię. Jurek skończył germanistykę w Heidelbergu i pracował potem jako nauczyciel w liceum. Ożenił się z Haliną i mają córkę Justynę, Elżunia skończyła medycynę, potem wyszła za mąż za Czesława Żebrowskiego i z tego związku urodziła się córka Ania. Pod koniec swego życia wujostwo zostali obdarowani medalem "SPRAWIEDLIWI WŚRÓD NARODÓW ŚWIATA." Długie lata przepędzili godnie w Grójcu, gdzie oboje zmarli i zostali pochowani na miejscowym cmentarzu.

Teraz, w kilka już lat po śmierci, wujek-jako długoletni kierownik szkoły w Grójcu—został uhonorowany podczas nadawania szkole imienia; dostałam od Eli Gardzińskiej-Żebrowskiej jej zdjęcie z tej uroczystości z kardynałam Glempem.

KLIMA

Aunt Klima found her undisputed partner in the person of Uncle Gienka Gardziński. Aunt Klima was for many years a teacher at the school her husband ran for 40 years. They were both respected throughout the family and beyond. In addition to their two children, they raised Niuta, after first having protected the lives of thousands of her compatriots in the Ghetto, and then established the rhythm of her life. Niuta considered their home to be her family home. Aunt and Uncle also took care of Aunt Pola and her children during the occupation, and after the occupation they took in Jacek—the son of Uncle Dyzka—for quite a while.

They had two children—Jurek and Elżunia. Jurek finished his German studies in Heidelberg and later worked as a high school teacher. He married Halina and had a daughter, Justine, Elżunia finished her medical studies, then married Czesław Żebrowski, and her daughter Ania was born. Towards the end of their lives, the boys were gifted with the medal "RIGHTEOUS AMONG THE WORLD'S NATIONS."" They spent many years in Grójec, where they both died and were buried in the local cemetery.

Now, a few years after his death, Uncle—as a long-time school manager in Grójec—was honored for his wartime effortsduring the naming of the school. I got a picture of Cardinal Glemp from Eli Gardzińska-Żebrowska.

Klima Jurek Elzunia

DYZIEK

Stryjek Dyzio (Dyonizy) miał trudne koleje losu. Zaraz po śmierci ojca i mamy w 1914 roku został wzięty do Warszawy przez ciotkę (chyba Zyguntową Gilewiczową), u której był do jej śmierci w 1921 roku. Potem został umieszczony u OO. Salezjanów, gdzie był przygotowywany na zakonnika, jednakże po pierwszych ślubach, z poczuciem krzywdy (za co?) wystąpił z zakonu i o własnych już siłach skończył szkołę handlową, borykając się z biedą wspólnie z przyjacielem dozgonnym—panem Albertem Violoncelliste.

Stryjek był przez wszystkie lata swojej pracy szanowanym urzędnikiem państwowym—najpierw w SGGW w Warszawie, potem—już na Ziemiach Odzyskanych—pracując w charakterze rewidenta skarbowego. Zosia przechowuje do dziś opinie z pracy, podkreślające jego pracowitość, rzetelność i sumienność. Ożenił się z ciocią Czesią Kalinowską chybe w 1933 roku.

Mieli czworo dzieci—Hanię, Zosię, Jacka i Marka. Hania przyszła na świat w 1934 r., Zosia w 1938 r.; chłopcy—Jacek pojawił się jako prezent gwiazdkowy w 1944 roku na wygnaniu w Skoczykłodach koło Łowicza. Marek już w 1949 roku w Koszalinie, gdzie cała rodzina osiadła na stałe po wojennej i powojennej tułaczce, zawadziwszy po drodze o Białogard i Połczyn-Zdrój. Hania skończyła szkołę felczerską, wyszła potem za mąż za Włodka Strojka, z którym miała bliźniaków Piotrka i Pawła.

Zosia jest biegłą księgową; przez długie lata pracowała na stanowisku dyrektora ds. ekonomicznych w przedsiębiorstwie robót drogowych. Wyszła za mąż za Kasia Łukomskiego, który się przyczynił do tego, że urodziła syna Wiktora. Jacek prosperuje jako przedsiębiorca od robienia pieczątek, wizytówek itp., pracując wspólnie z żoną Krysią. Ma dwoje dzieci—Maćka i Asię. Marek prowadzi firmę od urządzeń ciśnieniowych, nie pracuje z żoną Krysią ale ma z nią córkę Gosię.

Stryjek zmarł w 1983 roku, a ciocia Czesia, przeżywszy 88 lat, zmarła w piętnaście lat po nim, jako ostatnia z rodziny, niosąca pamięć tamtego pokolenia. Ciocię Czesię wspominamy jako osobę pogodną, pełną humoru, dowcipną, bezkonfliktową. Mieli wielu przyjaciół. Pozostawili po sobie około 40 osób w Koszalinie—licząc pokolenie zstępnych i ich partnerów. Oboje leżą na cmentarzu w Koszalinie.

DYZIEK

Uncle Dyzio (Dyonizy) had a difficult fate. Immediately after his father's death in 1914 he was taken to Warsaw by his aunt (probably the wife of Zygmunt Gilewicz), who died there in 1921. Then he was placed at OO of the Salesians where he was prepared for religious service. However, after the first vows, with a sense of deep hurt and injustice (for what?) He stepped out of the Order and with his own strength of will and character attended trade school, struggling in poverty together with his lifelong friend, Mister Albert the Violoncelliste.

Uncle Dyziek was a respected civil servant for all his years as a working man—first at the University of Life Sciences in Warsaw, then—already in the Recovered Territories—working as a tax auditor. Zosia keeps his evaluations from his various jobs to this day, emphasizing his diligence, hard work, and conscientiousness. He married Aunt Kalinowska in 1933, I believe.

They had four children—Hania, Zosia, Jacek and Marek. Hania was born in 1934, Zosia in 1938. As for the boys, Jacek appeared as a Christmas present in 1944 while they were in exile in Skoczykłody (Lodz) near Łowicz. Marek was already in Koszalin in 1949, where the entire family settled permanently after the war and postwar exile, having settled on the way to Białogard and Połczyn-Zdrój. Hania graduated from the school of felczerską, then married Włodek Strojek, with which she had twins Piotr and Paul.

Zosia is a bookkeeper. For many years she worked as a director of economic affairs at a road works company. She married Kasia Łukomski, who contributed to the birth of her son Viktor. Jacek is prospering as a businessman from making stamps, business cards, etc., working together with his wife Krysia. He has two children—Maciek and Asia. Marek runs the company that sells pressure equipment, does not work with his wife [also Krysia?] but has a daughter with her, named Gosia.

Uncle died in 1983, and Aunty Czesia, aged 88, died fifteen years later, the last of the family bearing the memory of that generation. We recall Auntie Czesia as a cheerful person, humorous, witty, without conflict. They had many friends. They left about 40 people in Koszalin—counting the descendants and their partners [now well over 100]. They are both lying in a cemetery in Koszalin.

Dionizy Dionizy's children

HELA

Była szczególną osobowością w naszej rodzinie; nie bardzo samodzielna—zawsze przytulała się do kogoś r rodzeństwa—a to do cioci Poli, a to do nas, a to do cioci Alojzy. Była słabego zdrowia, często mdlała. Raz nawet upadła twarzą na rozżarzony piecyk. Szczęśliwie skończyło się tylko na wielkim strachu. Zawsze była obiektem żartów ze strony braci; przedrzeźniali jej wymowę, gesty; "Rulek, Wilek, Dylek—daj drabilę"—kiedy to niesforni kilkudziesięcioletni chłopcy odstawili jej drabinę ze strychu.

Przez długie lata była panną, aż do roku 1944, kiedy to wiosną wyszła niespodziewanie za pana Lucjana Ogórka. Jej małżeństwo trwało zaledwie 3 miesiące, bo pan Ogórek został zabity przez bombę w czasie niemieckiego nalotu we wrześniu 1944 roku podczas konwoju do Jabłonny. Ciocia Hela go pogrzebała, chociaż sama wtedy ranna (zastaliśmy ją jeszcze z ranami na nogach w styczniu 1945 roku, kiedy wróciliśmy z "wygnania—ale to było później); potem latem, również sama, ekshumowała go i pochowała w poświęconej ziemi na cmentarzu w Tarchominie.

Pamiętam ciocię Helę z jej ślubu w kościele na Mokotowie. Piękną niała sylwetkę, gdy oglądaliśmy ją z tyłu przy ołtarzu—w niebieskawym kostiumie i ażurowym, jasnym kapeluszu przesuniętym nieco na bok wyglądała jak księżna Windsoru. "Otwórzcie okno niechaj goście zmokną," dowcipkował przystojny syn pani Kozakowej.

Potem ciocia Hela mieszkała z mężem u nas na górze. Krótko tego było. Potem to nieszczęsne wygnanie. Zobaczyliśmy ją dopiero w styczniu 45 po powrocie z "rajzy" w naszym zburzonym częściowo domu, kiedy biedaczka leżała w naszym łóżku pod czerwoną, brudną pierzyną, z ropiejącą, cuchnącą raną. Potem ciocia zamieszkała samodzielnie w domu Hana w mieszkanku koło pani Jankowskiej—żeby dowieść swojej samodzielności. Po kilku operacjach, po śmierci klinicznej, kiedy już sama sobie nie radziła, zamieszkała w domu starców—najpierw w Górze Kalwarii, potem w Tachominie, gdzie w wieku 67 lat dokonała żywota, zmarłszy na pospolitą grypę.

Cicha, wrażliwa, drażliwa, wesoła, dziecinna, z pięknymi kudelskimi rękami i zgrabnymi nogami—biedna pogodna sierotka do śmierci. Wszyscy ją lubiliśmy. Jest pochowana na cmentarzu w Tarchominie, w tym samym miejscu, gdzie 30 lat wcześniej grzebała swego męża.

HELA

She was a special personality in our family. Not very self-sufficient...she always hugged too closely to siblings...to Aunt Pola, and to my parents, and to Aunt Alojzy. She was in poor health; she often fainted. Once she fell face to face with a blazing stove. Luckily, she ended up only with great scare. It was always a joke on the part of the brothers. Munched her pronunciation, gestures. "Rulek, Wilek, Dylek—give me the ladder" when the unruly adolescent boys took down her ladder from the attic.

For many years she was a maid, until 1944, when she came out unexpectedly in the spring for Lucjan Ogorek. Her marriage lasted only three months, because Mr. Ogórek was killed by a bomb during a German air raid in September 1944 during a convoy to Jabłonna. Aunt Hela buried him herself, although she was wounded at the same time (we found her with wounds on her legs in January 1945, when we returned from exile—but that was later), and later she herself exhumed him and buried him in the official burial ground in Tarchomin cemetery.

I remember Aunt Hela from her wedding in the church in Mokotów. She cut a beautiful silhouette as we watched her from behind at the altar—with a bluish costume and openwork, light hat slightly shifted to one side she looked like Princess Windsor. "Open the window let the guests get wet," joked Mrs. Kozakova's handsome son.

Then Aunt Hela lived with me and my husband upstairs. It was only briefly. Then this unfortunate exile. We saw her only in January 45 after returning from the "rajzy" in our partially demolished home, where the poor woman was lying in our bed under a red, dirty duck down comforter, with a stinking, seeping wound. Then Aunt Hela settled in Hana's house alone in a flat near Mrs. Jankowska to prove her independence. After several operations, and after being declared non-self-supporting, when she was not taking care of herself, she lived in an old woman's home—first in Góra Kalwaria, then in Tachomin where, when she was 67 years old, she died of common flu.

Quiet, sensitive, emotional, cheerful, childish, with beautiful Kudelski hands and graceful legs—a poor cheerful orphan to death. We all liked her. She is buried in the cemetery in Tarchomin, the same place where she buried her husband 30 years earlier.

Aunt Hela

RUNEK

Runek też miał ciężkie dzieciństwo. Wprawdzie pod opieką cioci Poli, ale przerzucany ciągle z sierocińca do sierocińca, osierocony psychicznie i fizycznie, nigdy nie pozbył się uczucia, że jest pokrzywdzonym przez los małym chłopcam. Był piękny duchem, wrażliwy, nigdy nie pozbył się dziecinnych ideałów. Pisał wiersze, pisał piękne opowiadania, piękne wspomnienia wojenne, które mi czytał—ale jakoś nigdy tego nie utrwalił.

Skończył szkołe techniczną. Przez pewien czas mieszkał wtedy u nas w Płudach. Przed wojną, jako 20-kilkuletni chłopak, zaczął pracę dla wojska w tzw. "dwójce." Po wybuchu wojny w 1939 roku wyjechał z Polski wraz z biurem. Jego wojenna droga życiowa zawiodła go gdzieś przez Francję (Queed Quidant) i Anglię do Stanów Zjednoczonych. Był oficerem generała Maczka—ale to dopiero pod koniec wojny. A co przedtem?

Współpracował przy rozszyfrowaniu słynnej tajemnicy Enigmy, wspólnie z Rajezskim, Różyckim i Zygalskim. Jego wspomnienia były zawsze bardzo bogate, uzupełniane szczegółami, w których się gubiłam, ale zawsze jakieś niejasne. Opowiadał o zrzucie na Francję, potem o powrocie przez Hiszpanię do Anglii, o swojej pracy na podsłuchu radiowym w jakiejś grupie operacyjnej z dziewczętami, których był szefem, ale nigdy nie potrafiłam tego ustawić ani chronologicznie, ani w jakiejś współwięzi z innymi faktami z jego życia. Podczas mojego pobytu w Stanach chciał nawet, żebym przewiozła do Polski do Muzeum Wojska Polskiego jakieś tajne listy osób z jego wojennej działalności, ale to był ryzykowne.

W Ameryce żył skromnie, pracując w charakterze zaopatrzeniowca w banku, rzadko kontaktując się ze swoją siostrą Polą, mimo, że to właśnie przez nią został do Stanów ściągnięty. Spotykał się za to z panem Druckim-Lubeckim, monsignorem Rojkiem, inżynierem Gordonem, profesorem wydziału architektury Sławińskim, którego murale do tej pory zdobią gmachy publiczne Buffalo i z wieloma innymi ciekawymi osobistościami. Miał jeszcze kilku przyjaciół z wojska. Obracał się w tzw. dobrym towarzystwie polonii, ale kończyło się zawsze tylko na wspólnym, wspominaniu i narzekaniu. Wszyscy oni pracowali na podrzędnych stanowiskach—po to tylko, aby się móc utrzymać na jakim-takim poziomie. Chorował na ciągła nostalgię i snuł plany powrotu do Polski, ale powrót jakoś mu nie wychodził—coś komuś wpłacał, komuś ufał—ciągle ktoś zawodził jego zaufanie i tak czas płynął.

Przepędziłam z nim długie nocne godziny na wspominkach. Zapamtiętałam go jako wiecznego fantastę, niestety żywiącego się mrzonkami. Doszedł do tego skrzętnie skrywany alkoholizm, spowodowany samotnością. Szkoda. Podczas moich podytów w Ameryce bywałam u niego—czasem gościliśmy wspólnie u cioci Poli i u cioci Feli. Byłam z nim na wspaniałej wycieczce do Buffalo u profesora Sławińskiego a potem nad Niagarą.

W 1986 roku znowu u niego mieszkałam przez jakiś miesiąc, tym razem z Jurkiem, ale był już zupełnie nieznośny. Przed moim wyjazdem w lipcu 1987 roku byłam u niego, bo czułam potrzebę uzyskania od niego przebaczenia za to, że nie umiałam mu dać miłości rodzinnej, której oczekiwał przez całe życie. To było dla mnie zadanie ponad moje siły. Nie wiem czy mi przebaczył. Zmarł w grudniu 1987 roku i został pochowany w amerykańskiej Częstochowie w alei zasłużonych. Nareszcie zaznał spokoju.

RUNEK

Runk also had a heavy childhood. Although Aunt Pola, who was still taking care of him, he fled from orphanage to the orphanage, was psychologically and physically orphaned, never got rid of the feeling that he was a miserable little boy. He was a beautiful spirit, sensitive, never got rid of his childish ideals. He wrote poetry, wrote beautiful stories, beautiful war memories that he had promised to read to me but never did.

He graduated technical school. For some time he was living with us in Pludach. Before the war, as a 20-year-old boy, he began working for the army in the so-called "Second." After the outbreak of war in 1939 he left Poland with his office. His wartime way of life had led him somewhere in France (Queed Quidant) and England to the United States. He was an officer of General Maczek—but it was only at the end of the war. What about before?

He collaborated on deciphering Enigma's famous secret, together with Rajezski, Różycki and Zygalski. His memories were always very rich, complemented by the details in which I lost, but always also somewhat unclear. He talked about the deportation to France, then about returning to Spain and to England, about his radio work in a listening group with the girls of which he was the boss, but I never managed to set it chronologically or in some sort of coincidence with other facts of his life. During my stay in the United States, he even wanted me to bring some secret lists of people from his war activity to the Polish Army Museum, but that was risky.

In America, he lived modestly, working as behind the scenes in a bank, rarely contacting his sister Pola, even though it was she who had brought him to the States. He met with Mr. Drucki-Lubecki, Monsignor Rojk, engineer Gordon, professor of the architecture department of Sławiński, whose murals have so far decorated the public buildings of Buffalo and many other interesting personalities. He had some friends from the army. He turned toward the great companionship of the Polish community, but always ended together, reminiscing and complaining. They all worked in subordinate positions, just to be able to maintain themselves at a basic level. He was suffering from constant nostalgia and plans to return to Poland, but somehow he did not go back—something he paid someone, someone trusted—still someone lost his trust and so time was flowed by.

I drove long hours with him discussing memories. I kept remembering him as an eternal dreamer, but I was fed up with fantasies. This was a highly concealed alcoholism caused by loneliness. Detrimental. During my stay in America I was with him—sometimes we visited together with Aunt Pola and Aunt Fela. I was with him on a wonderful trip to Buffalo to visit Professor Sławiński and then on toward Niagara.

In 1986 I stayed with him again for a month, this time with Jurek, but he was completely unbearable. Before my departure in July 1987 I was with him because I felt the need to obtain forgiveness from him for not being able to give him the family love he had expected all his life. It was a task for me beyond my strength. I do not know if he forgave me. He died in December 1987 and was buried in the American Czestochowa Cemetery on a desolate avenue. At last he had peace.

Runek Runek

Ślepowron

Ślepowron, Bujny, polski herb szlachecki, szeroko rozpowszechniony wśród rodzin osiadłych głównie na Mazowszu; jedną z odmian jest herb Korwin; najstarsza zapiska sądowa wymieniająca Ślepowrona pochodzi 1399 r., najstarsza pieczęć - z 1447 r.; z ok. 100 rodzin tego herbu, wymienionych przez K. Niesieckiego, do największego znaczenia doszli m.in. Glińscy, Kossakowscy, Krasińscy, Młodziejewscy, Sobolewscy, Szymanowscy. Herb składa się z tarczy z godłem oraz hełmu z klejnotem, barwione tynkturami (barwy heraldyczne). Ślepowron ze złamanym skrzydłem.

W Węgrowie (na Wysoczyźnie Siedleckiej nad Liwcem), w zabytkowym kościele parafialnym, wmurowana jest tablica, na której wymienia się nazwisko Kudelskich herbu Ślepowron jako miejscowych dobroczyńców. Na terenie cmentarza wokół kościoła znajdują się kamienne figury, pochodzące z posiadłości Kudelskich, którzy tu mieli swoje dobra.

Ślepowron, Nycticorax nycticorax, ptak z rodziny czapli; długość do 54 cm, rozpiętość skrzydeł do 110; upierzenie sute srebrzystobiałe, na skrzydłach popielate, z wierzchu głowy i na grzbiecie granatowe z metalicznym połyskiem; na głowie trzy długie jedwabiste pióra; dziób dość krótki, gruby, nogi silne średniej długości; ślepowron żywi się rybami, małymi żabami, ślimakami oraz owadami; żeruje głównie nocą; gnieździ się w koloniach na drzewach, w okolicach obfitujących w bagna; składa 4-6 jaj; zamieszkuje południową Europę, środkową i południową Azję aż po Wyspy Sundajskie, Celebes oraz Afrykę; europejskie ptaki spędzaja zimę w Afryce; w środkowej Europie jest bardzo rzadki; w Polsce prawdopobodnie gnieździ się nad jez. Drużno, objęty ochroną gatunkową.

Józef Grzegorz Chłopicki ur. W Kapustynie (Wołyń) 14.03.1771 r., zmarły w Krakowie 30.09.1854 r., generał, dyktator powstania listopadowego (15.12.1830 r.); wrogo nastawiony do Towarzystwa Patriotycznego i Jakobinów; odznaczył się w bitwie pod Grochowem 25.02.1831 r. Sanguszko Roman, Stanisław (1800-1881), ur. w Sławucie (Wołyń), działacz polityczny i społeczny; za udział w powstaniu listopadowym zesłany na Sybir, później na Kaukaz; wrócił po 10 latach do Sławuty; uwolnił chłopów w swoich dobrach od pańszczyzny; zgromadził słynne zbiory książek i obrazów.

Ślepowron

Ślepowron, a Polish nobleman's coat of arms, widespread among families settled mainly in Mazovia. One of the varieties is the coat of arms of Korwin. The oldest court record mentioning the Slepowron comes in 1399, the oldest seal from 1447. Of about 100 families of this coat of arms, mentioned by K. Niesiecki, these came to the greatest importance: Glińscy, Kossakowscy, Krasinski, Młodziejewscy, Sobolewscy, Szymanowscy. The coat consists of a shield with an emblem and a helmet with a jewel, dyed with tattoos (heraldic colors). Blindfolded with a broken wing.

In Węgrów (in the Siedlce Highlands on Liwcem), in the historic parish church, there is a plaque on which Kudelski names and the Ślepowron coat of arms are listed as local benefactors. In the cemetery around the church there are stone figures from the Kudelski estate who had their goods here.

The Slepowron is based on Nycticorax nycticorax, a bird of the heron family. Length up to 54 cm, wingspan up to 110. Plumage sute silvery white, on the wings ashen, from the top of the head and on the back navy blue with metallic shine. On the head three long silky feathers. Short beak, thick, medium strong legs. The Slepowron feed on fish, small frogs, snails and insects. Preying mainly at night. Nest in the colonies in the trees, in areas abounding withe swamps. 4-6 eggs. Inhabits southern Europe, central and south Asia as far as the Sunda Islands, Celebes and Africa. European birds spend the winter in Africa. Very rare in Central Europe. In Poland, it is likely to nest on jez. Drużno, a protected species.

Józef Grzegorz Chłopicki b. On March 14, 1771, in Kapustyn, died in Cracow on 30.09.1854, general, dictator of the November Uprising (15.12.1830). Hostile to the Patriotic Society and Jakobins. He distinguished himself in the Battle of Grochow on February 25, 1831. Sanguszko Roman, Stanislaw (1800-1881), b. In Slavuta (Volhynia), political and social activist. For participating in the November Uprising, sent to Siberia, later to the Caucasus. He returned after 10 years to Slavuta. He freed the peasants in their goods from serfdom. He collected famous collections of books and paintings.

Slepowron
Subscribe
Index Atlas Weekly Mailing List